Cholera…

cholera
to życie to nędza
bo w nędzy upadamy
miłości sie zaklinam
miłością się odginam
i proszę ..pokochaj mnie
bądź ze mną na dnie dobre i złe całkiem
będź przy mnie kiedy będę szczęśliwym, 
i kiedy śmieciem się ostanę
będź jak wiatr w drzewa gałęziach
co dzień rano do życia obudzisz
co dzień rano barw nadasz jak malarz
co dzień rano ku słońcu zwrócisz 
by żyć było łatwiej
by piękniejsze słońca zachody
by na niebie cumulysy zawsze w słonia się kładały
lub dwa łabędzie
dla miłości mówiłaś naszej chwały
tyle dni razem 
tyle nocy gorąca i potu
tyle szeptów do ucha i 
ekstazy, odlotów.
w twoich ja ramionach
w moich ty

teraz mnie nie znasz.
teraz odchodzisz
na ulicach omijasz
wzrokiem 
i tak zimne serce
chłodzisz
chcesz kłuć i ranić
i tak porwaną lalę
ja już tak nie chcę
już rady nie daję
śmierć łatwiejszą
bo szybszą drogą ku końcowi
pętla
żyletka
fiolka proszków
z mostu lot ku aniołowi
poddać się łatwo
cierpienie ucinać
sobie poradzić z bólem i

zaś innych życia podcinać?
kimże jestem byś ty mogła mną sterować
by od twego wzroku życie me szanować
by twoje ręce na ciele moim grały
nie po to żyję
a po o bym sercem był całym
Ona prosi
żeby zostać z nimi
bo są ludźmi
przyjaciółmi – szczerymi
miłość na wieki?
owszem istnieje
ale moje życie jedno tylko
i serce dziś twardnieje

pewnie za czas jakiś
przed inną zmięknie
i znów będzie nocą 
na jej ciele pięknie
i znów będę całował
i kochał łapczywie
ale zawsze bardziej siebie
bo śmierci mi daleko
bo śmierci dziś nie chcę
zawsze mam tych osób kilka
które podadzą rękę 
kiedy ty postawisz kreskę

1 II A.D. 2007

Dodaj komentarz