Głowa…

Zadzieram głowę i patrzę w niebo…
A na nim chmury białe jak dobro…
Tak jak one, ono pojawią się gdziekolwiek,
gdzieniegdzie od niechcenia… 
Tak jak one niewiadomo skąd i dlaczego… 
Ma rozmyte kontury…. 

Pochylam glowę… 
Widzę soczystą trawę 
jak ludzi szczęsliwych… 
obłokami oslonietą od palącego życiem słońca… 
Skąd ich tylu i sił by trwac… 
Czy obłoki chojności nie skąpią?….. 

Zadzieram glowę i widzę twarz 
w wyobraźni kinie, 
bólu ostrzem przebitą… 
Gwaltu nasieniem naznaczoną 
po śmierci godzinę… 
Dziecka oko…sine z ojca troski 
by zawsze być kimś, 
choćby stać się miał najwiekszym nikim… 
Dziecko milością zabójczą naćpane… 
W oku którego, 
ojca ciało opada na dywan 
krwią serce znacząc….. 

Pochylam glowę widze ziemię zoraną… 
Cialami narodów nie-czystych, 
nie tu i nie teraz życia winnych… 
Krwi kaluże zastygłe, 
jak na dywanie konfitura… 
dywan plamę zatrzyma… 
A sumienie… 
Nie, nie zapomni, 
a o nim….. 

7 VI A.D. 2006

Dodaj komentarz