….zabiłem boga – powiedział Nietzsche i przypalił „Klubowego” tajwańską podróbką Zippo….kiedy podniósł wzrok i spojrzał na świat……zauważył że coś się zmienia……spełniał się jego sen…..nadczłowiek klarował się z mętnego roztworu ludzkości…..lecz jak to zwykle bywa tworzenie zawsze niesie ból..pojawiły się płomienie…ciemnowłosi ginęli w odmętach wypełnionych czerwoną lawą pęknięć w ziemi…domy sypały się w gruzy……-wzruszywszy ramionami, ruszył polną drogą….wiedział że spełnił swoje zadanie…..teraz wystarczy czekać…..a człowiek sam się stanie……czuł się stwórcą…czekając…postanowił pospacerować… – oglądał to co się stawało czymś z niczego….gdzieś w oddali ujrzał postać…jedyną spokojną i skupioną na swoim zajęciu…podszedł bliżej….Mężczyzna o twardych rysach..siedział przy prostym dębowym stole i pisał……pisał sączącą się z pod paznokcia służącego za stalówkę krwią……Ów człowiek postawił kropkę…na końcu zdania….”Stwórca” podszedł bliżej by przeczytać……widniało …”…boga.”… – podszedł bliżej….. – „Zabiłem boga.”..i wtedy poczuł gorący ból tuż pod sercem……cały świat rozmył się przed oczyma bytu doskonałego……upadając ujrzał tylko plakietkę na uniformie który znikąd pojawił się na ciele owego spokojnego człowieka, który teraz chylał się nad opadającym ciałem, trzymając w prawej ręce strzykawkę….na plakietce widniało..”Mr.Nietzsche”…a przykry uśmiech na jego ustach mówił….”zabiłem boga…”
..Asta!
4 VI A.D. 2006