Dla…

…..

mówisz bądź…
mówisz trwaj…
obok jak anioł….
…pilnuj
…by każdy
…z dni przeżytych…
był 
tym dobrym
i szczęśliwym…
…by każdy z dni
miał sens…
był czymś
w „niczym” tego świata….
….ja jestem
….ja trwam
…jak anioł
…jak Ty dla mnie
….staram się
być sensem twych dni….
…staram się
zapełnić świat
…pomalować go w tysiące barw
….czasami
mimowolnie
kartę brudzę kleksem
…nic to
…ty 
owego rozmalowujesz w pejzeże….
…ty
z moich szarych dni
robisz euforii esencję
….siły i szczęście
skroplone
…do granic kondensacji…
…tak jak dziś
…niby nic
…niby tylko byłaś….
…a dzień
tak cudowny
…jak życie niektórych całym nie jest….
…tylko obok
….aż tak wielkim obok
…wyjątkowym
…jak tylko ty umiesz być…
….mówisz kochaj….
…nie myślę nic innegio czynić
..trwać chcę
i w trwaniu swym miłować
….duszy obrazy
…muzykę myśli
…i ciała posąg
cudowny…
pełen ciepła…
gorąca…
…wręcz wulkan…
który
…ze mną wybucha
….i dla mnie
…tak jak ja dla niego….
Kocham.

Słowa pisane dla jedynej osoby dla której byłbym w stanie napisać miłosny wiersz..o ile to co napisałem można nazwać miłosnym.,…i wierszem…. Dla Ani.

29 VI A.D. 2006

Ciemna strona…

…ciemną stroną…
…nad jasnej konturem…
biegnie myśl….
…po ostrza krawędzi…
w biegu swym 
dzieląc się na dwoje….
jedno wznosi się
drugie opada…..
…na czubku noża 
zostaje tylko kropla..
.mała bijąca kropa serca..
.bez której żadne z nich
trwać nie umie.
.i wraca….
lecz powrotu nie ma …
zostają w swoich światach 
uwięzieni…
w piekłach..
i niebie 
łaskawym ponoć…
uwięzieni…
u BOGA BOKU…..
nagrodą za życie dobre..
jest trwanie w nicości…
karą za złe….
wieczna bojaźń śmierci.
….a kropla cały czas drży
…jakby się bała
że nie znajdzie ukojenia 
w sercu nikogo…
aż w końcu spada…..
zgodnie z fizyką…
w dół..
i tylko skwierk słychać…
i cichutki wrzask……
ale to już inne życie….

27 VI A.D. 2006

Budząc się…

….czasami budząc się ze snu…
czuję dziwne obrzydzenie
..myślę że wolałby się nie dotykać….
ale trudne to kiedy jest się dla siebie jedyna-
-ostatnią osobą……
Czasami brzydzę się swoich myśli 
na wpół diabelskich….
na pół boskich…..
czasami boję się ….
sam siebie…
bo czynić zło chcę…
wiedząc iż nim jest…
karać najbliższych 
za to że tak bliscy..
…a to że samotność przetrzymują..
ja im siebie zabieram..
…rozdzieram na skrawki….
..jedwab swojej osoby….
….a on nie do zszycia…

sa na tej ziemi…chwile i osoby
..takie iskry..które 
spalają lont samodestrukcji…demona 
wpinającego swe zatrute łapska w mózg…
…są takie osoby…
…bez których świat byłby po prostu mniej wart….
…dziękuję….Asta!
…..

19 VI A.D. 2006

Oczy…

Otwieram oczy..nie sobie a im…zaropiałe powieki a pod nimi martwe odbicie…strzępy skóry….naga szczęka i urwane ucho….jakież wspomnienia muszą mieć umarli że wyobraźnią takie mary wypluwają……by anielskiej duszy nie kalać brzydotą odrzucam zwłok i odchodzę….krocząc ścieżką porośniętą trawą młodą…zostawiam ślady…..zgnilizny i smrodu….to nie ja idę a sumienia moje….i ofiar strzępy….do lustra podchodzę tylko po kolejny kawałek…by cierpienia pominąć..i raz kolejny przypomina mi nadgarstek żem ja już martwy po stokroć…a krew płatami leci miast kropel…usta modlitwę martwą śmiewają..i odpuść nam nasze winy panie jako i my odpuszczamy……Tobie

16 VI A.D 2006

Stopy…

..przemarźnięte stopy….stawiam by doszły do siebie……na rozgrzanej słońcem drodze..a one ….czując co się święci…nabywają odcisków bąbli i strupów….diagnoza…??..nie pal to gangrena…myślę nie to nie dzisiejsza choroba…..a one….iść dalej nie chcą..tylko tak dla jaj bolą i bolą..jak by miały odpaść za moment……tak moje życie na kawałki rozpadać się zaczyna…kiedy idąc po piasku gorącym rozmyślam nad biegiem…jego-nie stóp…..kiedy tak idąc myśleć nie chcieć zaczynam…kiedy tak idąc..cholernie chcę się zatrzymać…kiedy idąc upadam by nie wstać…..bo na ostre wyrzuty sumienia…natknąłem się….słowa i myśli jak refleksy płyną wraz z muzyką do głowy….a ta wklepuje je klawiszami…zrozumiałą….od połowy….

8 VI A.D. 2006

Głowa…

Zadzieram głowę i patrzę w niebo…
A na nim chmury białe jak dobro…
Tak jak one, ono pojawią się gdziekolwiek,
gdzieniegdzie od niechcenia… 
Tak jak one niewiadomo skąd i dlaczego… 
Ma rozmyte kontury…. 

Pochylam glowę… 
Widzę soczystą trawę 
jak ludzi szczęsliwych… 
obłokami oslonietą od palącego życiem słońca… 
Skąd ich tylu i sił by trwac… 
Czy obłoki chojności nie skąpią?….. 

Zadzieram glowę i widzę twarz 
w wyobraźni kinie, 
bólu ostrzem przebitą… 
Gwaltu nasieniem naznaczoną 
po śmierci godzinę… 
Dziecka oko…sine z ojca troski 
by zawsze być kimś, 
choćby stać się miał najwiekszym nikim… 
Dziecko milością zabójczą naćpane… 
W oku którego, 
ojca ciało opada na dywan 
krwią serce znacząc….. 

Pochylam glowę widze ziemię zoraną… 
Cialami narodów nie-czystych, 
nie tu i nie teraz życia winnych… 
Krwi kaluże zastygłe, 
jak na dywanie konfitura… 
dywan plamę zatrzyma… 
A sumienie… 
Nie, nie zapomni, 
a o nim….. 

7 VI A.D. 2006

Światło

….. 
Przed światłem oczy mrużę w ciemności…
by źrenic nie kaleczyło
wszechobecnym głodem dobra…zła…Kolwiek czego..
Oby innym niż to co dziś
przez powieki żalem zaciśnięte świadomość karmiło obrazem…
dawało się upajać spokojem
despoty lub Boga… 
boga lub Despoty.. 
wszak obaj za ludzi wybierają
mówiąc ze to wolność..
lojalnością a nie strachem podszyta…

Powieki zaciskam, 
aż krew spod onych tryska
i barwi… 
szaty,place i poglady… 
a one zas 
sciany domow 
odleglych i biednych… 
woni chleba lakomych… 
twarze dzieci 
posoka walecznych ojcow… 
tylko…az wolnosci chcacych… 
tak malo za, az tak wiele… 
ponoc Bog swiat w karty z Czartem przegral… 
…i widac. 

06 VI A.D. 2006

Szatan…

….szatan….anioł..który jako jedyny…na miłosierdzie boga liczyć nie może…który tak bardzo kochał, że wyprzedzić myślą chciał ojca…ten zaś w swej pysze zrzucił z niebios ciało okaleczone kością i nienawiścią..by po dziś dzień mścić się chciało…niwecząc wszystko co bóg wymyśla…Pozbawił go ojciec wszystkiego…tylko nie ambicji..wszak ta dziedziczna….

.asta!…

5 VI A.D.2006

Zabiłem Boga.

….zabiłem boga – powiedział Nietzsche i przypalił „Klubowego” tajwańską podróbką Zippo….kiedy podniósł wzrok i spojrzał na świat……zauważył że coś się zmienia……spełniał się jego sen…..nadczłowiek klarował się z mętnego roztworu ludzkości…..lecz jak to zwykle bywa tworzenie zawsze niesie ból..pojawiły się płomienie…ciemnowłosi ginęli w odmętach wypełnionych czerwoną lawą pęknięć w ziemi…domy sypały się w gruzy……-wzruszywszy ramionami, ruszył polną drogą….wiedział że spełnił swoje zadanie…..teraz wystarczy czekać…..a człowiek sam się stanie……czuł się stwórcą…czekając…postanowił pospacerować… – oglądał to co się stawało czymś z niczego….gdzieś w oddali ujrzał postać…jedyną spokojną i skupioną na swoim zajęciu…podszedł bliżej….Mężczyzna o twardych rysach..siedział przy prostym dębowym stole i pisał……pisał sączącą się z pod paznokcia służącego za stalówkę krwią……Ów człowiek postawił kropkę…na końcu zdania….”Stwórca” podszedł bliżej by przeczytać……widniało …”…boga.”… – podszedł bliżej….. – „Zabiłem boga.”..i wtedy poczuł gorący ból tuż pod sercem……cały świat rozmył się przed oczyma bytu doskonałego……upadając ujrzał tylko plakietkę na uniformie który znikąd pojawił się na ciele owego spokojnego człowieka, który teraz chylał się nad opadającym ciałem, trzymając w prawej ręce strzykawkę….na plakietce widniało..”Mr.Nietzsche”…a przykry uśmiech na jego ustach mówił….”zabiłem boga…”

..Asta!

4 VI A.D. 2006