Rano…

budzę się rano
nie mój świat
nie moje życie

budzę się rano
nie mój grzech
nie moja wina

budzę się rano
nie moi ludzie
nie mój kraj

budzę się rano
oczom nie wierzę
w swoim nie obcym -łóżku leżę.

budzę się rano
sumienie gładkie
nie pójdę przez piekielną kładkę

budzę się rano
wokoło tłumy
przyjaciół setki, kanały TV 
nędzne gzetki…

wszyscy chcą patrzeć…wszyscy chcą widzieć
jak z wiekiem(trumny) poważnym się błazen staje….
jak oczy szkliste przed sie a nie na się patrzą
jak ręce zawsze ku pomocy, „pa szwom” utrzymuje
jak język ostry od ironii kropel wstrzymuje….
jak dziwne twarze nade mną stoją,
jak dziwne miny one ku mnie stroją
jak wszyscy sztucznie wzdychają
jak głęboko w dupie śmierć moją mają
jak mi ich szkoda i jego…
jak biskupa nad modłami skpionego
jak z zimna drży, gdy wiatr zawiewa
jak go podnieca „Ewa”
jak celibat boli go i trudzi
że się wyżywać musi na ludzi

ze śmierci kraim zerkam i spoglądam….
i miast łzę ronić za światem cudnym
ja niczym błazem chichotam się i śmieję
bo……..żałosnym to co się tam dzieje.

(z wiekiem trumny – M.Maleńczuk)

30 I A.D. 2007

Budzę się rano.

/napisane z myślą o Niej…trudno wytłumaczyć dlaczego tak…..ale ja to wiem…/

„Budzę się rano.

Coś dziwnego się stało – to nie mój pokój, nie moja pidżama, nie ta szklanka z wodą na nocnym stoliku. W ogóle, skąd ten stolik, co to za pokój, gdzie ja jestem???!!!

Rozglądam się, przez otwarte okno wpadają poranne promienie słońca i ożywczy wiatr, przez otwarte okno widzę, też gdzieś w oddali taflę wody. Boże jak ja tu trafiłam, rodzice mnie zabiją, co się ze mną dzieje???

Otwierają się drzwi do pokoju, w którym jestem i który służy chyba za sypialnie. Czuję jeszcze ciepło kołdry, którą nie tylko ja ogrzałam, wchodzi mężczyzna – znam skądś tę twarz, ale jest jakby kilka, a może kilkanaście lat starsza.
– Dzień dobry kochanie,
– Dzie…dzień dobry… – odpowiadam niepewnie.
– wychodzę do pracy, pamiętaj o dzisiejszych zakupach, i o kolacji z rodzicami wieczorem.
– Dobrze…- mówi coś spoza mojego mózgu, ale moimi ustami.
Uśmiechając się całuje mnie w czoło, zakłada kurtkę i wychodzi.
Czuję się jakoś dziwnie. – coś jest nie tak.
Idę do łazienki. Nie wiem skąd, ale dokładnie wiem gdzie jest szafka z moimi ubraniami, gdzie szukać ręczników.
Co się stało z moją twarzą..??!!!! Przecież wyglądam jak bym miała ze 32 lata…!!!
Biegnę szybko po portfel, zamiast szmacianego z House’a, mam jakiś skórzany elegant, a w nim to czego szukałam – dowód – niesamowicie zniszczony, ale zdjęcie to samo, które było wczoraj „ja w wieku 18 lat”. Włączam telewizor, a potem szukam po kanałach wiadomości. Boże, jest 14 kwietnia….2019 roku.
…płaczę…

I wtedy coś się otwiera.- myśli zaczynają za przykładem łez skapywać z czarnych czeluści pamięci do mojej jaźni. Wszystkie zapomniane dni przemykają przed oczyma. Pamiętam kiedy pierwszy raz widziałam tego mężczyznę, jeszcze w dzieciństwie….potem szkoła średnia, matura, przecież ja jeszcze jej nie pisałam. Jakieś słowa głosy – to on – mówi że wierzy, że dam radę, że jestem warta tego by dostać to świadectwo, bo mam odpowiednią wiedzę, a przede wszystkim jestem dojrzałą i odpowiedzialną osobą,
– przecież matura to egzamin dojrzałości. – mówi. Potem wyniki, moje łzy, ciepło jego policzka i też łza – tym razem nie moja. Radość – mam maturę! Jakieś migawki ze studiów…i ten dzień – pędzący czas zwalnia, prawie się zatrzymując. Słyszę szum, to fale. Czuję wiatr, to bryza, ciepło jego dłoni i miły chłód wilgotnego piasku na stopach. Idziemy w milczeniu. Zatrzymujemy się – bierze mnie za obie ręce, patrzy w oczy, to nie taki normalny wzrok – to słowa, bez dźwięku. Klęka nie odrywając wzroku, wyjmuje z kieszeni pudełeczko, a w nim pierścionek. Pochyla głowę i przez szum fal szepcze:
– proszę…bądź, tak do końca i na zawsze….
Nie wiem co powiedzieć, nie wiem co zrobić, łzy jak groch płyną po policzku. Ściskam mocno jego rękę, przytulam głowę, całuję. Jak powiedzieć TAK, kiedy łzy dławią gardło. Klękam obok łykając z radości grube łzy palcem na piasku piszę „Tak”…i mówię:
– Na zawsze …mimo wszystko….
Wstajemy z twarzami mokrymi od łez śmiejemy się do siebie….
On odwraca mnie tyłem do morza pokazuje jakąś polanę i mówi:
– tu będzie nasz dom, i tu będą wychowywały się nasze dzieci.
Dalej razem biegniemy.
Przed nami tylko zachodzące słońce…

Następne dni, następni ludzie, miejsca, coś złego – choroba, do 
szaleństwa biała sterylność szpitalnej sali, ponurzy lekarze i wiecznie smutne pielęgniarki. Na moim palcu obrączka. Przez skórę czuję że nie jestem tu z powodu bólu gardła. Na kolanach widzę głowę śpiącego męża. Heh, aż zdziwiłam, się że tak go określiłam…z ręki zwisają girlandy kroplówek. Wchodzi pielęgniarka, wyprasza męża mówiąc, że musi mnie zabrać na badanie. Coś ściska mi serce, zaczynam płakać, to nie radość – to paniczny bezsilny strach. Jeszcze, nie wiem przed czym, ale wiem ze to straszne. On podchodzi, obejmuje mnie, długo nic nie mówi, a ja czuje bicie jego serca. Już nie musi nic mówić – wiem bez słów, że cały czas jest ze mną, że cały czas mnie kocha….
Badanie trwa jakiś czas – szukają czegoś w moim ciele, okazuje się że nic nie znaleźli i bardzo się z tego cieszą – Ja razem z nimi bo to moje ciało jest zdrowe. Po chwili zjawia się i on, taki roześmiany, taki radosny, jaki nie był przez ostatnich kilka tygodni. Tak naprawdę prawie nie znam tego człowieka a czuję od niego tyle ciepła, tyle chęci wzięcia na barki całego zła jakie na mnie spada. Tak wiele chciałby dla mnie zrobić, tak wiele dać – całego siebie.
Obrazy znów przyśpieszają – jakieś słowa pocałunki, czysta forma miłości, 5 rocznica, prezent moja ulubiona muzyka, włączam płytę…rozpływają się dźwięki, te najmilsze, z którymi kojarzą mi się najlepsze chwile z Nim. Rozlega się dziwny natrętny dźwięk – to dzwonek do drzwi. Wyrwana ze snu na jawie biegnę do drzwi – to listonosz. Zdziwiony patrzy na moja pidżamę wręczając mi plik listów, zamykam drzwi idę do salonu…przez duże okno widać morze i kawałek plaży…obrazy wracają….i myśli. Jak ja bardzo kocham tę osobę, jak wiele ze mną przeżył, ileż ciężkich chwil, czasami moich trudnych słów, jak wyrozumiały był i ilu rzeczy mnie nauczył, po to by łatwiej nam było żyć. Ile obietnic spełnił.
Uświadamiam sobie w pewnym momencie, że nie potrafiłabym zasnąć bez akompaniamentu jego oddechu, że życie było by bezbarwne i mdłe bez jego zielonych oczu i głośnego śmiechu, bez jego osoby. Jeszcze kilkanaście minut temu całkiem „obcej”…
Człowiek idealny, w idealny sposób spełniający swoje zadanie w swoim idealnym miejscu. Razem tak dobrze się uzupełniamy, rozumiemy, oby jak najdłużej. Włączam płytę, rozlega się ciche „nananana nananana…piszesz mi w liście ze kiedy pada, kiedy Nasturcje na deszczu mokną…”…nasza piosenka….już wiem…pomalował mój świat….kolorami całej ziemi.”

/kiedyś dopisze resztę……………kiedyś/ Dla Mojej Małej

29 IV 2019 – jesteśmy Małżeństwem od VIII 2010 roku. I tylko domu nad morzem jeszcze nie mamy.

22 I A.D. 2007

Prochy…

….w gardle suchość….
….w oczach iskry….
na skroni pot
przez zaciśnięte zęby 
cedzę jedno słowo….
przez zaciśnięte gardło 
nie przepływa już żal…
przez słabą głowę
zaciskam teraz usta

…mały biały…..nie ma serca
nie wspomną nawet o duszy
zwykłej chemii kawałek
a tak cholernie mną tarmosi
tak poniewiera 
obraża
hańbi
codziennie opluwa
i odpruwa kolejny guzk 
z mojej sutanny świętości
do dnia aż upadnę
a guziki rozsypią się
wypuszczone na podłogę z czyjejś dłoni
prochy…

Patrzę i widzę….
oczy łzawe bezsilne
strach i brak drogi…
patrzę i widzę
jak powoli stacza się
jak mózg zaczyna drętwieć
mącznieć jak to z czego są zrobione…
widzę taką złudę i ułudę
talentu pobrzęk
wiedzy cień
wszystko tylko błysneło
by zaraz cicho zgasnąć
popiół pozostawić

wyciągam rękę
tylko czy podniesiesz 
czy oderwiesz się od Iwonki
Prochy.

(Napisane 17 stycznia….po bezkresu głupocie podróży…i miejskich wycieczkach poznawczych…..czasami lepiej nie smakować zwyczajnego życia…nawet nie czuć zapachu bo ten już odstrasza…wyłaź z tego M. bo cię tam nie warto marnować.) Słowa powstały po poznaniu kolejnego kawałka świata….z którym póki co styczności przyjemności mieć nie miałem….nie przypuszczałem że tak łatwo jest kupić prochy…i że tak dużo tego..i że tak wiele osób w tym siedzi..i że całe rodziny…to po prostu chore……nie ogarniam..i dumny jestem ze swoich uczciwych warunków..bardziej niż oni z zaliczeń po prochu…astaaa!!!!

17 I A.D. 2007

Mgły…

Przez poranne mgły
za oknem siebie nie widzę,
Życie się rozmazuje

Tylko ten pokój Ty i ja
w oziębłym świecie spoza ścian
ogrzewasz serce
Które wszyscy zmrozić chcą

Tak jak dzisiejszą nocą 
Twoje – moje ciało rozpalało
tak jak myśli nasze
dwie a jedno dają

Jakoś zwą to
zapomiałem…

już pamiętam

chyba przezwiskiem miłości.

/napisane ot tak w deszczowy ranek przy akompaniamencie silnika i muzyki z ANTYradia 4 stycznia roku pańskiego 2007…ot tak z myślą o Niej/

4 I A.D. 2007

Pochylam…

…pochylam się nad kubkiem wina….
spoglądam w odbicia swoją twarz….
….że żyję……takie słowo kpina…
że umarłem też

Pochylam się nad anioła zwłokiem
patrzę tępym wzrokiem
że upadły widzę już…
strącony różnica..?…cóż…

pochylam się nad życia cieniem…
spoglądam z boku na bok….
owijam się w cierpienie
to życie to jest nałóg

pochylam się nad tobą
ustami ust dotykam…
niechcący trącam nogą
trupowi powieki zamykam

pochylam się nad duchem
nie czuję widzę słucham
szeptów wiatru w chmurach
on umarł hura hura hura

pochylam się nad światem
nie widzę sensu
sznurówki łączę razem
wieszam się u kredensu

pochylam się nad bogiem
gdy zaszedł Jakuboowi drogę
nic więcej już nie widzę
lecz w duszy nadal szydzę….

1 XII A.D. 2006

Rozmowa…

+ nawet jeśli nie istniejesz…
Ja cię stworzę…
na twoje podobieństwo…
…stworzę raj
grzech…
a potem Ewę..
…stworzę smutek
i złamane zaufania…
…stworzę syna 
i śmierć za grzechy…
zmartwychwstania i powroty..
…Stworzę świat
bo w niego wierzę…
…stworzę wiarę
by łatwiej było 
czekać
na nie-wiem-co 
po śmierci
a potem niebiosa
i piekła stworzę…
by dobrych ludzi
dobrymi chwilami raczyć…
a piekło dla siebie 
(za zuchwałość)
i patrzył będę 
jak dzieło moje 
w gruzy sę obraca
…i jak Bóg cierpi
na świat patrząc.

Słońce…osusz twarz…
Dłonią nadziei. 
Nie patrz w nich łez…
Jak daleko posunełam się gdy świeciłeś wczoraj?
To twój wzrok odbił się echem w mej duszy?
Słońce…Wstań Jutro…

+ a gdy wstaniesz
niechaj ciepło twe,
mokre tych którym wczoraj blasku zabrakło…
policzki osuszy…

– I niech wyjmie co boli 
a zostawi co do życia niezbędne.
Wypłucze gardło 
i z nim porozmawiam…
Bo brudne od wdychania powietrza 
może go urazić potokiem podłych słów.
Zrozumie i pomoże.

+ Albo ciepłem osuszy źrenice
błękitne od w niebo wpatrzenia…
tak by śladu nie było… 
a one w zemście solą oczy zasypią…
wzrok wypalą 
i znieczulą na smutki świata tego…
iluż ślepców 
pośród nas przechadza…
ilu jeszcze z nas 
oślepnie?…
dlaczegóż dłońmi świata nie widzę…
toż pięcioma zmysłami czujemy…

– Tępe narzędzie 
zadaje większe rany…
Ślepcy zabijają obojętnością.

+ Może to ci
którzy dotykiem żyć zachcieli…
bez umiaru i troski
szarpią życie aż zabiją…

– Obudź zmysły..
Czulość wrażliwość i dotyk..
Przybiż zapach lata 
a nie ogarniaj nieświadomych lepkim zapachem grzyba.

+ ..mam nerwy ponad skórą…
wiatru podmuch to szarpanie…
one nie śpią nigdy…

– Wiatr.. 
Wybawienie wśród zapachu brudnych ciał…
Ten który oczyszcza własne… 
Hamulec i motywator…
okiełznaj go .. 
Już nigdy nie zaśniesz.
Może to nam pomoże? 
A może to nas właśnie niszczy?

+ Wiatr roznosi zarazę…
smród zgnilizny…
który rozchodzi się
coraz dalej i dalej…
tylko zdrowe ciała mu się oprą…
tylko jasny umysł 
w ciemnościach widzi myśli jasne…

– Jasny niezmącony umysł…
Niewinny…ufający…
Mający nadzieję 
i jakże naiwny…
jego nie zarazi wiatr tylko ludzie… 
Wiatr pomoże otulić wonią życia. 
Opóźni to co nieuniknione 
w świecie zgniłych ludzi. 
Osuszy łzy szybciej
choć boleśniej…

+ ….w ciemnościach
umysły się taplają jak w bajorze…
jasna myśl…dobre słowo..
inny kąt widzenia…
wstać z owego im pomoże…
z głową w górze…
z sercem żywym…
po życie idę…
co je zwą prawdziwym…

– W ciemności zanikają uczucia,
które potocznie zwiemy ludzkimi 
a …O ironio!
nadmierny blask nadzieję niosącego słońca 
razi oczy… 
Nawet jasny umysł
nie rozwinie się w bajorze głupców
i nikczemników…

+ Rozwinie się najjaśniejszy…
a jasny zginie..
lub na czele tych stanie
i złą pamięć pozostawi.

Rozmowa….+ ja…!
– inna dusza!

– inna dusza….zawiodła…stała się zgryźliwa i niemiła….a szkoda..bo wart jej talent uwagi…bo czytać ją lubię, z tym że dziś to jedynie słowa…myśi innymi były…Martynie – nieudacznik.

9 IX A.D. 2006

Haczyk…

….”o czym myśli smutnooka młodzież?”..
…o imprezce…o melanżu…..
o weekendu rozpoczęciu….
co by bełta rzucić szybko….
by organizm nadwerężyć..
…po pofikać z obcą panną…
…by poskakać w disco…
….by zapomnieć co to myśli…
…żeby kurwa upaść nisko!…

…haczyk haczy…i wyhacza…
a ja wiem co to oznacza…
…..to kULTURA….
przez „ka” małe….
….to respectus…..
…..w gronie grupy….
…gdzie szacunek mają tylko….
….te co bardziej głupie dupy….

bez perspektyw….
…bez roboty….
..bez nadziei…
…w paskach chodzą i haczykach….
…po wielkich miast chodnikach…palą jointy….
palą trawę..na humoru dziś poprawę..

a ja wolę moje glany …
chociaż stan ich opłakany.

ja tak naprawdę nie znoszę rymować…


….pozz. dla wszystkich sportowców…

….

„…póki co doT_doT….jeszcze się owej kulturze mocno nie dajemy…..tylko niektórzy stają się bardziej amerykańscy (z akcentem) niż sami amerykanie……ale tak było zawsze…kiedyś mieliśmy bardziej rosyjskich…etc…..damy radę…..
….pozz” wiadomość nieco usprawiedliwiająca treść tekstu.
[doT_doT – nick osoby z portalu EPULS]

4 IX A.D. 2006

Każdy…

..a tam..każdy grzeczny..
każdy ładnie ułożony..
..w pęczkach pousadzani za stołami..
..upupieni w miarę możliwości..
.w złotach turkusach i rubinach….
..bo zdać trzeba..wychylić się nie wolno..
….bo punk zdechł jak pies na poboczu….
….bo grunge żyje tylko w garażach….
….bo gothic….w Bolkowie i na podwórku
straszyć dzieci został..
……a strachy na wróble 
na polach..
w sadach i śmietniskach rządzą….
…bo strachy na lachy poszły..i
..i tak się kręcą karuzele
Dolce 
Gabbany 
i Gucci…
..tak…
..zamiast starych jeansów…
..które mają duszę..
..zakładają nowe dresy,…
..które mają metkę..
…zamiast starych zasad..
które mają wartość…..
…chodzą nago…
…w seksie….żarciu…i poczuciu wartości…
..szkoda ze tylko materialnej…
….mam inną walutę.

04 IX A.D. 2006

Narkotyk…

…Kolejne gramy…
..tak małe ilości nie powinny dawać szczęścia…
ułożone w proste linie na gładkiej kartce…
..są upojeniem dla umysłu…
…ulgą dla ciała
wentylem łez…
drżenie rąk.
Przed nimi świat szary
…mglisty i deszczowy…
a po nich
czarny…

Kolejne gramy…
rozmazuję w bezsensach po kartce…
ssie i boli bez nich
a z nimi..
jaskrawy i prawdziwy
podwójny przez łzy
jak narkotyk…
pozwala utulic sny…
słowa rozmazane w bezsensach…
by sumienie ukoić
gryzmołów szamotaniną
tuszu gramem.

1 IX A.D. 2006

Początek…

Tak było cicho..i spokojnie…
…tak miłość czerwieniła się
na policzkach tych Pięknych…
tak przystojni byli Piękni…
…tyle marzeń wisiało w powietrzu…
..a zamiast nich…
…spadały bomby…
…zamiast nich…skurczone strzałem martwe ciała…
…zamiast nich..młodociane wdowy…
z dziewictwa siłą obdarte…
…zamiast niej śmierć wokoło..
zamiast tego….wojna,
…inny świat.
/1.IX.1939, 16:30/

..za tych wszystkich którzy nie spiepszali…jak szczury …za tych wszystkich którzy postradali zmysły za ojczyznę…
…za tych którzy mieli odwagę i honor..
…za tych wszystkich…którzy byli ludźmi wtedy kiedy być nimi najtrudniej…
…za tych wszystkich…którzy nie dożyli dzisiaj…
…za Brzozę…
…człowieka którego poznałem tuź po śmierci…za człowieka który jest wzorem…autorytetem…mistrzem……..
..ronię łez kilka….bo to dla was 61 lat temu rozpoczął się koszmar…który z psychiki zrobił wrak…który tak bardzo zmienił wasze życie..lub też zakończył je nagle..bez uprzedzenia…
…Dziękuję też zespołowi LaoChe za dobre pełne prawdy i siły słowa o wojnie..oddające w każdej chwili atmosferę….walki….

01 IX A>D. 2006