Patrzę w niebo
błękitu ogrom
widzę i chmury
Co więcej
może tam być
Kto patrzy
A jeśli widzi
to mi wstyd
za siebie i za nich.
Za siebie
bo słaby jestem
Za nich bo głupi
A wszyscy grzeszni
zaniedbaniem, lub złem
Nie tak
chciałem
się modlić
Nie tak czuć
jego ogrom
i moc
Kiedy żal
za grzechy
na siłę
Kolejny smutek
kiedy się rodzi
bo umrze
Nim jeszcze rozkwitnie
już świecę zapalam
bo zwiędnie
Każdą oznakę
radości
ukrywać należy – skrzętnie
O rozkoszy
nie wspomnę
nie wolno
Bo gdy kochasz
się
odczuwać jej nie wypada
Złem przesiąknięte
to co jest
dla mnie piękne
Ja na ulicę wyjść
chcę
i krzyczeć
Włączmy słońce
Syn Boga umarł
nie po to
byśmy musieli
w mękach skowyczeć.
Po to
Go do krzyża
przybili
Byśmy
byli ludźmi
i z radością chodzili
po świecie
Co nam
go Bóg dał
w opiekę
i sprawowanie
(dzięki Ci Panie!)
Tylko mi się wydaje
że ja i kościół
to zaczynają być
zupełnie inne kraje
Umyślnie przez k-małe
bo mam wrażenie
że przez lata
stracili na świętości
z postaci świetlistej
zostały suche kości
Nie taki on miał
być i nie dla tych
nie tym służyć celom
nie ludziom takim
Smutno mi
gdy to piszę
bo bardzo wierzę
…ale nie umiem.